|
|
poniedziałek, 09 stycznia 2012
it's a New Year, I'm glad to be here.
Ostatnio znów jakoś brakuje mi słów, brakuje mi historii do opowiadania. Trochę mnie to przeraża, ale mówię sobie uspokój się, na pewno przyjdą w odpowiednim momencie, może zapadły w sen zimowy, ale wrócą, wrócą. Na razie czuję się wessana w sprawy, które mnie nie interesują, otoczona zbyt dużą ilością ludzi, których nie lubię. Uciekam oczywiście w seriale, w piosenki, w śpiewanie pod prysznicem i w kuchni (wkręciłam się w HIMYM, więc teraz moim numerem jeden jest to), w głupie żarciki, które w zasadzie śmieszą tylko mnie (tak, śmieję się z własnych żartów, uważam, że niektóre są naprawdę świetne). Niestety, nie udaje mi się ucieczka w naukę - chyba obniżył mi się poziom tolerancji na bezużyteczną wiedzę. Kiedyś nawet najbardziej absurdalne dziedziny dawały mi ukojenie i pozwalały nie myśleć. Teraz - tylko potęgują znużenie. Mam tylko jedno postanowienie noworoczne - każdego dnia robić coś przyjemnego, coś, co naprawdę sprawia mi radość, nie poświęcać się zbytnio temu, co nie wnosi do mojego życia nic dobrego.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
a place we both could hide.
Z cyklu jeden z najgorszych dni w roku: czasami tak bardzo chciałabym się obudzić kimś innym, gdzie indziej, kimś innym gdzie indziej, że aż mnie wszystko boli. Naprawdę, świat na zmianę albo mnie nienawidzi albo kompletnie mnie nie szanuje, a mi po prostu to ciężko wytrzymać ciągle uśmiechając się i udając, że wszystko jest w porządku. Znowu muszę wrzucić sobie Meds do odtwarzacza.
niedziela, 27 listopada 2011
And you laugh at yourself again and again.
Znów nie ma mnie na fejsiku, nie ma też na last.fm, zamknęłam na chwilkę blogaska, bo miałam ochotę zupełnie zniknąć, tak, żeby już kompletnie nic po mnie nie zostało. Ale jestem przecież mentalną ekshibicjonistką, więc wiadomo było, że prędzej czy później wrócę. Ogarnęło mnie wielkie zniechęcenie związane dosłownie ze wszystkim. Mam dość studiów, pewnie nie pójdę na magisterskie na anglistyce, bo jakoś cała ta zabawa przestała mieć swój urok. To, co robię teraz, przestało mnie interesować, mam dość tych idiotów, którzy mnie otaczają, a ludzie, których towarzystwo dawało mi tyle radości, wybrali inną drogę. A wizja dorosłego życia i pracy nadal mnie przeraża. O ile zazwyczaj lubiłam siebie, to teraz mam wrażenie, że stałam się nudna, jęcząca, nieciekawa. Uwierzcie, jakbym wiedziała, co z tym zrobić, to bym to zrobiła. Ale nie wiem co. Mam też wrażenie, że znowu odsuwa się ode mnie parę osób, które uwielbiam, a na to też nic nie mogę poradzić. Ostatnio przestała działać zawsze pocieszająca mnie muzyka Placebo, ale mam całkiem dobrych zastępców. W obecnej chwili oni piszą mi ścieżkę dźwiękową do życia.
środa, 16 listopada 2011
spadnie wszystko jeszcze raz.
Wciąż nie mogę się pozbierać, źle śpię w nocy, w dzień jestem wykończona, większość ludzi mnie wkurwia, a tych, których towarzystwo daje ukojenie widuję za rzadko. Naprawdę, zrobiłabym coś, jakbym wiedziała co, bo sama mam już dość. Listopadzie, listopadzie, zły miesiącu. Nikt cię nie lubi i trochę mi cię szkoda, ale nie dajesz się lubić, więc nie miej pretensji. Jeszcze nie spadł śnieg, a ja już boję się, że wiosny nigdy nie będzie.
czwartek, 10 listopada 2011
I'll be out in the garden watching the birds.
Jakie to żałosne, żyć w swojej głowie, w krainie marzeń i wyobrażeń, które nie mają szans na spełnienie, bo przecież nie ma idealnego świata i idealnych ludzi. Ale to zarazem bardzo przyjemne, wyobrażać sobie co by było, gdyby, tym bardziej, że przecież ty jesteś w ojczyźnie Cervantesa, ja natomiast cały czas w Warszawie i tylko piszemy sobie mejle, co u Ciebie, czy jesteś już zdrowa, czy masz już nowe mieszkanie, jak tam Twoja współlokatorka, czy nadal jest taka drętwa, jak na uni, czy nadal wkurwiają Cię ludzie z Twojego kierunku, jak licencjat, jak pogoda, czy ciepło, czy zimno, jak Twoje pisanie recenzji, co ostatnio w muzyce. Więc mogę sobie odgrywać różne scenariusze w głowie, przez najbliższe 7 miesięcy, a jak wrócisz, to oczywiście pewnie się nawet nie spotkamy, łatwiej jest pisać, a poza tym nasze ostatnie spotkanie było takie żenujące, a tak w ogóle to ja jestem bardzo fajną koleżanką, nawet przyjaciółką, można ze mną iść do kina i na wódkę, można zadzwonić późno w nocy i pogadać o wszystkim, nawet o sraniu i smarkaniu, ale nawet jakbym chciała, to przecież prawda jest taka, że chyba najbardziej na świecie cenię wolność i niezależność, umiem się wywiązać z obowiązków, ale tylko z tych, które sama sobie narzucę. Może i trochę szkoda, ale przecież mówię to na podstawie tych właśnie scenariuszy, a nie tego, co nas tak naprawdę łączy - jednej dobrej znajomej, jednej imprezy i kilkunastu wymienionych mejli.
niedziela, 06 listopada 2011
nothing compares, no worries or cares.
Weź się kurwa do roboty, wyłącz myślenie. A przynajmniej myślenie o niektórych rzeczach. Albo ludziach. Żyj tutaj, a nie w swojej głowie. Żyj, a nie przyglądaj się, jak żyją inni.
niedziela, 30 października 2011
sometimes everything is easy.
N. napisała mi ostatnio nigdy nie stań się niewolnicą rzeczy, których nienawidzisz. Proste, prawda? Uświadamiam sobie, że przecież nie muszę mie
piątek, 21 października 2011
Your mind is playing tricks on you, my dear.
Choćbyś miała przestać spać i zesrać się żwirem, nigdy, nigdy się nie poddawaj, moja droga. Zapamiętaj to sobie, bo jeszcze nie raz będziesz płakać pod prysznicem i tak samo często będziesz musiała wyjść spod strumienia gorącej wody i żyć dalej. Nie zgub się w tym syfie.
niedziela, 09 października 2011
king and lionheart.
Lista 29 sposobów, by pozostać kreatywnym nakazuje m.in. by słuchać nowej muzyki. Ostatnio była u mnie pod tym względem stagnacja, słuchałam tylko tego, co sprawdzone. Może to dlatego, że miałam koszmarny tydzień, nic się nie udawało i chciało mi się płakać, gdy wracałam metrem do domu. Dziś postanowiłam trochę się pozbierać, popatrzeć, co polecają muzyczne blogaski, posprzątać mieszkanie, uspokoić trochę wewnętrzne strachy. I jak zazwyczaj, nie zawiodła mnie muzyczna Islandia. Mimo że u mnie w domu wciąż nie grzeją, to zrobiło mi się trochę cieplej, pomyślałam sobie, że nie powinnam się bać głupiego udzielania korepetycji, setki osób, które są gorsze ode mnie, robią to i jakoś sobie radzą. A nawet jeśli trochę się boję, to przecież muszę skądś wziąć pieniądze na hulajnogę. Poza tym, wspomniana lista mówi także take risks, co tłumaczę sobie również jako podejmowanie wyzwań, jako robienie czegoś po raz pierwszy. No przecież nie umrę od tego, prawda? Więc nie ma co dramatyzować.
środa, 28 września 2011
tonight I take your life and throw it far away.
Czasami pojawia się w moim życiu taki moment, że czuję się jak bohaterka jakiegoś filmu, mimo że mam świadomość, że moje życie jest zdecydowanie zbyt nudne i nieciekawe, by można coś na jego podstawie nakręcić. Ale ten moment zawsze jest taki sam - noc, czasami bardzo ciepła i pogodna, czasami deszczowa lub przyprószona śniegiem. A ja stoję pod latarnią przy moim bloku, patrzę się, jak świeci i dmucham dymem w jej kierunku. I w tym momencie wszystko staje się tak boleśnie oczywiste. I dziś, po tym jak pożegnałam się z K., która jedzie sobie do Chin (w takich chwilach zastanawiam się niczym prosta średniowieczna chłopka, czy naprawdę jest druga strona globu i czy coś na niej istnieje), olśniło mnie. Zawsze będę sama. Prędzej czy później wszyscy odejdą. Moja mama, M., Pucek, inne osoby, bez których teraz nie wyobrażam sobie świata. Niektórzy już odeszli i nawet nie wiem, czy w ogóle mnie pamiętają, gdzie są, jak żyją, czy są szczęśliwi. Zawsze, zawsze ktoś kogoś będzie tracił. Prędzej czy później. Choćby nie wiem, co się działo. Ja też, bo akurat w tym nie jestem gorsza od innych ludzi.
|