|
|
wtorek, 08 maja 2012
I seem to lose the power of speech.
To strasznie smutne, ale czasami zdarza się tak, że gdy bliska osoba się zakocha, to przyjaźń może nie jest od razu przekreślona, ale powoli, po trochu, zaczyna szarzeć, a później blednąć. Niezależnie od tego, ile lat trwała. Nieważne, że miłość dopiero się zaczęła i na razie nie jest niczym pewnym. Przykro jest schodzić na dalszy plan. Jak zwykle robię to nie mówiąc ani słowa, nie dając nic po sobie poznać, chowam się w książki, w gry, w zapieprzanie. Pamiętam, że przecież tak naprawdę zawsze jest się samemu.
piątek, 27 kwietnia 2012
we were born with sun in our teeth and in our hair.
Czego w sobie najbardziej nie lubię? Jest kilka rzeczy, ale najgorsza jest ta, że wciąż potrafię zalać się łzami zazdrości, gdy komuś udaje się coś, co mi się prawdopodobnie nie uda nigdy. Najstraszniej jest wtedy, gdy wydarza się to ludziom, których naprawdę uwielbiam i za których zawsze trzymam kciuki. Uśmiecham się i cieszę się z nimi, ale później w domu wybucham płaczem. I jest jeszcze gorzej, bo nienawidzę się za tą żółć, która się we mnie zbiera. Weekend majowy zapowiada się dość smutno, bo zostaję prawie sama w Warszawie, oczywiście zazdroszcząc tym, którzy nie muszą pisać pracy licencjackiej i zajmować się setką innych nudnych spraw. Planuję każdą chwilę bardzo dokładnie, sumiennie robię to, co zaplanowałam, ponieważ wiem, że gdy tylko zacznę myśleć, wszystkie złe rzeczy wypłyną z tyłu mojej głowy i przygniotą mnie do podłogi tak, że nie będę potrafiła podnieść się przez kilka dni. Dziś z rana zadzwoniła moja mama i powiedziała, że jeśli chcę zdawać na studia magisterskie, to nie pojadę na Openera. Już chcę mówić, że w takim razie mam w dupie studia, gdy okazuje się, że daty jednak się nie pokrywają. No cóż, takie mam priorytety. Chociaż nie, może nie chodzi tu o priorytety, tylko o to, że wizja letnich festiwali (jeśli wszystko dobrze wyjdzie, to pojadę na trzy albo cztery) trzyma mnie w pionie i nie pozwala ponownie się rozpłakać.
sobota, 14 kwietnia 2012
underhelped.
W jakiejś książce, wydaje mi się, że w Lubiewie, był taki fragment o dnie wymoszczonym trocinami i szmatami, o dnie, w którym można było się całkiem wygodnie ułożyć. To prawda, jest wygodnie, ale zawsze przychodzi taki moment, w którym w końcu biorę się w garść i się z niego wyrywam. Ogromny potwór zwany życiem znów mnie przerósł i osłabił. Po wielu tygodniach załamania obieram taktykę małych posunięć: najpierw wybiję potworowi zęby, później wydrapię oczy, wyrwę ogon, kopnę w kostkę, podstawię nogę i będę patrzeć, jak się przewraca. Bo przecież mnie się nie pokonuje tak łatwo. Podglądam otaczających mnie ludzi, patrzę, z czego czerpią inspirację i chęć do działania. Bo też tak chcę. W końcu, po jakichś 5 latach wyszła płyta, której potrzebowałam od dawna. Teraz wciąż mam w głowie tę piosnkę. Stara miłość nie rdzewieje, mimo że jakoś ostatnio moje lekarstwo na całe zło tego świata, czyli muzyka Placebo, trochę przestała działać (pewnie dlatego, że nadużywałam), to i tak wiadomość o ich koncercie na Coke'u sprawia, że robi mi się dużo lepiej. I już zastanawiam się, jak zaplanować te festiwalowe wakacje tak, aby starczyło mi pieniędzy. Muszę przestać marnować czas na bzdury i nauczyć się wierzyć, że świat mi sprzyja.
czwartek, 05 kwietnia 2012
death of a surfer girl.
Do pierwszej piątki moich największych wad wkradło się lenistwo. Doniesienia o mniejszych lub większych sukcesach moich znajomych lub osób w moim wieku zamiast mnie motywować jeszcze bardziej spychają w głębię marazmu.
wtorek, 20 marca 2012
happiness could turn into something else.
Zabawne, że póki co moje życie składa się z kolekcjonowania planów B, alternatyw, wyjść na czarną godzinę. Muszę pisać, więcej pisać, więcej czytać, więcej wiedzieć.
czwartek, 01 marca 2012
z siłą jak dynamit.
Niedługo będę mogła powiedzieć, że rok ma więcej dni, w których jestem chora niż tych, w których czuję się w pełni sił. I akurat w tym momencie, gdy dopadają mnie wątpliwości, trafiam na to zdanie, które jest rozwinięciem epitafium Charlesa Bukowskiego: Jeżeli już o coś zabiegasz, idź na całego, w przeciwnym razie nawet nie zaczynaj. Do dzieła, moja droga.
niedziela, 12 lutego 2012
deathmental.
Jak ludzie to robią, że są zadowoleni z życia, jak oni to robią, że wszystko, czego się dotkną wydaje się ciekawe i interesujące? Dobrze jest móc uciekać w książki, muzykę i naukę. Rzucam palenie.
poniedziałek, 06 lutego 2012
just keep going, you got nothing to lose.
Moi znajomi coraz częściej rozmawiają o planach na po-studia, a ja się im przysłuchuję, czasami nawet się w tych planach uwzględniam, na ogół z przymrużeniem oka. Niektórzy są przerażeni, inni pełni entuzjazmu, jakby spodziewali się znaleźć w pracy nie tylko pieniądze, ale też spełnienie. Czasami chcą się spełniać w dziedzinach, które kompletnie do mnie nie przemawiają, bo jakoś naiwnie wierzę, że człowiek powinien pracować, by sprawiać, że świat stanie się lepszym miejscem, ale z drugiej strony wiem, jak utopijne, dziecinne i głupie jest takie myślenie. Ale oni też są naiwni, wierząc, że ktoś świeżo po studiach znajdzie kreatywną i przynoszącą miliony monet pracę. Na zimowych praktykach w szkole dwójka znajomych nauczycieli pyta mnie, czy chcę zostać nauczycielką, na co ja zdecydowanie odpowiadam, że nie, to tylko taki plan awaryjny, jeśli inne zawiodą. Na kolejne pytanie, co wobec tego zamierzam, mogę tylko powiedzieć, że na razie wiem, czego nie chcę robić i z tej wielkiej listy opcji wykreślam różne rzeczy, w nadziei, że zostanie mi cokolwiek. I że nie okaże się, że tak naprawdę nie nadaję się do niczego. Nie pomaga mi fakt, że czuję się jak gówno, że niektórzy tak mnie traktują, jakbym była tylko po to, żeby mi docinać, nie myśląc o tym, że wbrew wszelkim pozorom, szyderczym komentarzom i kpiącym uśmiechom posiadam jakieś uczucia. Może po prostu powinnam zaakceptować, że jestem brzydka, niezbyt szczupła, niezbyt mądra i rozgarnięta. A może jak przyjdzie wiosna, to znowu poczuję, że świat należy do mnie.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
it's a New Year, I'm glad to be here.
Ostatnio znów jakoś brakuje mi słów, brakuje mi historii do opowiadania. Trochę mnie to przeraża, ale mówię sobie uspokój się, na pewno przyjdą w odpowiednim momencie, może zapadły w sen zimowy, ale wrócą, wrócą. Na razie czuję się wessana w sprawy, które mnie nie interesują, otoczona zbyt dużą ilością ludzi, których nie lubię. Uciekam oczywiście w seriale, w piosenki, w śpiewanie pod prysznicem i w kuchni (wkręciłam się w HIMYM, więc teraz moim numerem jeden jest to), w głupie żarciki, które w zasadzie śmieszą tylko mnie (tak, śmieję się z własnych żartów, uważam, że niektóre są naprawdę świetne). Niestety, nie udaje mi się ucieczka w naukę - chyba obniżył mi się poziom tolerancji na bezużyteczną wiedzę. Kiedyś nawet najbardziej absurdalne dziedziny dawały mi ukojenie i pozwalały nie myśleć. Teraz - tylko potęgują znużenie. Mam tylko jedno postanowienie noworoczne - każdego dnia robić coś przyjemnego, coś, co naprawdę sprawia mi radość, nie poświęcać się zbytnio temu, co nie wnosi do mojego życia nic dobrego.
poniedziałek, 05 grudnia 2011
a place we both could hide.
Z cyklu jeden z najgorszych dni w roku: czasami tak bardzo chciałabym się obudzić kimś innym, gdzie indziej, kimś innym gdzie indziej, że aż mnie wszystko boli. Naprawdę, świat na zmianę albo mnie nienawidzi albo kompletnie mnie nie szanuje, a mi po prostu to ciężko wytrzymać ciągle uśmiechając się i udając, że wszystko jest w porządku. Znowu muszę wrzucić sobie Meds do odtwarzacza. |